4. urodziny bloga – konkurs

Uwaga, uwaga! Obiecane wyniki 😉
Na początku chciałam Wam wszystkim podziękować za udział w konkursie. Pierwszy raz na blogu odbył się konkurs bez gotowania 🙂
Nie ma co przedłużać, czas na wyniki:
Nagroda wędruje do…

Jolki,  która pamięta czasy ze snu 🙂

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie miała dla Was niespodzianki  🙂
Nagrodę pocieszenia, o której nigdzie nie było mowy (ha! specjalnie!) otrzymuje …

Mirabelldream.

Gratuluję Wygranym i zapraszam do kolejnych konkursów na blogu.
—————————————————————–
Pewnie niektórzy z Was nie wiedzą, ale 1.05. minęły dokładnie cztery (!!!) lata od powstania bloga. Aż sama nie wierzę w to, że to już tyle czasu! I wiecie co? Wciąż sprawia mi tyle samo radości, co na początku 🙂
Jeśli zaglądacie na bloga od dłuższego czasu to zapewne wiecie, że zawsze z okazji urodzin pojawia się konkurs. To już tradycja, a podtrzymywanie tradycji jest fajne! Dlatego przybywam dzisiaj (choć z lekkim opóźnieniem ;)) do Was z konkursem.
Przy okazji chciałabym Wam wszystkim bardzo serdecznie podziękować za to, że jesteście ze mną. Za te wszystkie ciepłe słowa, za Waszą obecność tutaj, na Facebooku i na Instagramie (swoją drogą jeśli mnie jeszcze nie obserwujecie, to zapraszam – klik). Dziękuję za każdą wiadomość i każde zdjęcie potrawy, którą ugotowaliście z mojego przepisu. Wasze zainteresowanie blogiem daje mi naprawdę porządnego kopa i motywację, bo przecież bez Was, nie miałoby to sensu… Dziękuję!

Konkurs – zasady:

Do tej pory zawsze prosiłam Was o gotowanie/pieczenie, dołączenie przepisu i zdjęcia. W tym roku postanowiłam, że zasady będą inne. Nie będziecie musieli nic piec, gotować i robić zdjęcia. Tym razem trzeba będzie coś napisać :).  Oto zadanie konkursowe:

Zabierz mnie w kulinarną podróż do miejsca, które coś dla Ciebie znaczy. W komentarzu pod tym postem opisz to miejsce (może to być kraj, miasto, Twój dom rodzinny – wybór należy do Ciebie) i zaproponuj, co przygotowałabyś/przygotowałbyś do jedzenia, aby zachęcić mnie do tej podróży właśnie z Tobą. Jeśli chcesz, możesz napisać przepis na daną potrawę/potrawy, jednak nie jest to obowiązkowe.

Konkurs trwa od 25.05.2020 do 08.06.2020, do godziny 23.59. Wyniki ogłoszę do trzech dni od zakończenia konkursu, tj. maksymalnie do 11.06.2020 w tym poście. Czekam 2 dni na maila od Zwycięzcy z adresem do wysyłki. Jeśli do tego czasu się nie zgłosi, wybieram kolejną osobę. Wysyłka nagrody tylko na terenie Polski.

 

A teraz coś, co interesuje Was najbardziej, czyli nagrody. Spośród nadesłanych komentarzy wybiorę jednego Zwycięzce, do którego powędruje taka oto nagroda:

konkurs, hamsa, olej arganowy
W skład nagrody wchodzą:

* średniej wielkości talerz w kształcie hamsy (ręki Fatimy)
* mały, ozdobny tajine
* foremka do ciasteczek w stylu maamoul
* olejek z opuncji figowej marki Apia, 15 ml
* olejek arganowy o zapachu róży marki Apia, 30 ml
* olejek arganowy o zapachu orientalnym (mój ulubiony!), marki Apia, 30 ml
*kosmetyczka/saszetka w wyszytą hamsą
* breloczek amazigh

Wszystkie nagrody oprócz hamsy pochodzą oczywiście z Maroka. Talerz został przywieziony z Tunezji – podczas ostatniej podróży służbowej mąż pomyślał i o Was  ;).

Czekam na Wasze zgłoszenia i … życzę Wam powodzenia!

Tagi , , .Dodaj do zakładek Link.

22 odpowiedzi na „4. urodziny bloga – konkurs

  1. Jolka, Jolka... Która pamięta czasy ze snu... mówi:

    Zabrałabym Cię… właśnie tam…
    Gdzie sernika słodki smak
    Zabrałabym Cię… właśnie tam
    Gdzie słońce nad lasem wschodzi
    Zabrałabym Cię… właśnie tam,
    Gdzie wolniej płynie czas
    Zabrałabym Cię… właśnie tam
    Gdzie szczęściu nic nie grozi…

    Pomagając sobie refrenem jakże starej już piosenki opisałam pokrótce miejsce, gdzie zabrałbym Cię w podróż pt. „Szlakiem moich wspomnień” .
    To był naprawdę piękny okres w moim życiu. Pamiętam czasy (już dość odległe ;)), kiedy jako mała dziewczynka wraz z rodzicami i rodzeństwem, jeździliśmy na wieś do babci. Rekreacyjnie raz na dwa tygodnie, a „do roboty” w każde wykopki, sianokosy itp. Najlepsze w tym wszystkim było to, że właśnie wtedy, kiedy było najwięcej pracy, było tam najfajniej. Dlaczego? Bo zjeżdżała się cała rodzina. Pamiętam te „śmichy-chichy” z kuzynostwem podczas zbierania ziemniaków (bo kopali najstarsi)… Potem, po pracy wszyscy zasiadaliśmy do wspólnego posiłku i było tak fajnie. Po prostu. Wieczorem starsi oblewali koniec pracy (oczywiście w granicach rozsądku), a my, młodzież, szliśmy w teren. Cóż to były za spacery!
    Pamiętam też, jak babcia hodowała zwierzęta i tak bardzo lubiłam się z nimi bawić (szkoda tylko, że potem miałam je na talerzu, a mama wiecznie mówiła mi, że moja ukochana kózka Balbinka, Rózia, Łaciatka etc., uciekła…;)).
    Z tym miejscem też kojarzą też pewne przysmaki. Nie było nic lepszego od ciepłego drożdżowego babci popitego jeszcze ciepłym mlekiem prosto od krowy. Smak sernika z robionego przez babcię sera pamiętam do dzisiaj, a ruskie pierogi były naprawdę wyjątkowe. Tarte, szare kluski, które tak kocham, tam zawsze smakowały inaczej. U babci jadaliśmy zawsze skromnie, „wiejsko”, a mimo wszystko potrawy te smakowały jak w najlepszej restauracji.
    Dość tych wspomnień, pora na szczegóły naszej wyprawy i menu.
    A więc, Sylwio, zabrałbym Cię do Lekasandrowej. Oprowadziłabym Cię po wszystkich lasach, w których bawiłam się w podchody. Pokazałabym Ci każde miejsce, z którym wiąże jakieś wspomnienia. Na sam koniec pokazałabym Ci dom mojej śp. Babci i wszystkie pola dookoła, na których wylałam tyle potu za młodu ;). Na koniec wycieczki udałybyśmy się do mojej cioci, która ugościłaby nas najlepiej jak tylko można. Teraz ona wypieka drożdżowe, do których podaje kubek jeszcze ciepłego mleka prosto od krówki „Kasi” (ciocia wszystkim zwierzętom daje ludzkie imiona ;)). To ona teraz robi pyszne sery, a z nich serniki i ruskie, obowiązkowo z dużą ilością podsmażanej cebulki. A tarte kluchy zrobiłabym ja, bo po tylu razach robienia ich z babcia, doszłam już do perfekcji. A o zmroku, zapaliłybyśmy ognisko, usmażyły swojską kiełbasę na patykach, które przytargamy z pobliskiego lasu i oczywiście upieczemy ziemniaczki. Pośpiewamy (spokojnie, dostaniesz kartkę z tekstem ;)) i potańczymy dookoła ogniska.

    Tak więc, Sylwio…
    Zabrałbym Cię właśnie tam, gdzie wspomnień wiele mam,
    Zabrałabym Cię właśnie tam… gdzie czuję się wolna i spokój ducha i umysły mam.
    Zabrałabym Cię właśnie tam, gdzie do szczęścia niewiele będzie już potrzebne nam.

    • Jolka, Jolka... Która pamięta czasy ze snu... mówi:

      Napisze raz jeszcze to, co pisałam w wiadomości prywatnej z adresem. Nie wierzę… Po prostu nie wierzę. Pierwszy raz w życiu coś wygrałam… Do tego te olejki, które może wyprostują mi zmarszczki 🤣 Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję za wyróżnienie!

      • SylwiaSM mówi:

        Proszę bardzo! Trafiłaś w moje smaki, obudziłaś pewne wspomnienia… no i to ognisko na koniec. Super! 🙂

  2. Mirabelldream mówi:

    Zabieram Cię dziś na kolację do nadmorskiego miasteczka o wdzięcznej nazwie Klima, na greckiej wyspie Milos. Być może nie słyszałaś o tej cudownej, jeszcze nie odkrytej, a przez to pięknej wysepce w archipelagu Cyklad. Rozsiądź się wygodnie, trwa właśnie tak zwana złota godzina, promienie zachodzącego słońca oświetlają charakterystyczne dla Klimy kolorowe zbudowania. Już za chwilę na morzu słońce będzie malować piękne pejzaże. Jesteśmy na wyspie, więc wybieramy owoce morza, a jakże. Ale zanim one, skosztuj pasty z oliwek oraz tradycyjnego chleba z oliwą i oregano. Zamawiamy smażone kalmary, krewetki w sosie pomidorowym, grillowaną ośmiornicę, małże mocno skropione sokiem z cytryny, do tego obowiązkowo salatkę grecką, favę, a więc pastę z żółtego grochu, kolokithokeftedes –pyszne placuszki z cukinii. Do picia proponuję białe wino, koniecznie lokalne. Jeśli nie, do owoców morza idealne będzie ouzo- giamas, czyli nasze zdrowie! Jeśli chodzi o jedzenie myślę, że początek tyle wystarczy, chociaż myślę, że się najesz. Żaden właściciel tawerny nie pozwoli odejść od stołu bez deseru. Na Milos dostaniesz na zakończenie posiłku karpuzopitę – a więc ciasto z arbuzem,polane miodem i posypane sezamem, jest przepyszne! Obok nas starsi,eleganccy panowie grają na bouzuki, słońce już zachodzi, ale my nadal możemy siedzieć, cieszyć się chwilą, popijać wino i słuchać tradycyjnej greckiej muzyki. Chwilo trwaj!
    Kochana, gratuluję wspaniałego bloga i życzę dalszych sukcesów. Pozdrawiam 🙂

  3. Elżbieta mówi:

    Zakopane to miejsce, do którego chętnie wracamy prawie co roku. Lubimy zwiedzać nasz kraj.
    A tam jest dużo ciekawych miejsc, szlaków…
    Kiedy byłam po raz pierwszy, „obleciałam” wiele restauracji chcąc posmakować tej ich rozsławionej kwaśnicy.
    Rozczarowałam się, bo to był byle jaki kapuśniak.
    Gotowałam lepszy.
    Ze zdziwieniem oglądałam reklamy góral – burgerów czy frytek po góralsku.
    W zeszłym roku po raz pierwszy mogłam powiedzieć z ręką na sercu, że restauratorzy coraz bardziej się starają. Częściej serwują dania tradycyjne. I nie są to już „burger – górale.
    Przesmaczną przygodę kulinarną przeżyłam w Gminnym Ośrodku Kultury w Łopusznej, a właściwie obok niego, gdzie
    w 2014 roku uczestniczyłam w Konkursie Potraw Regionalnych „Góralskie Jadło”.
    To wydarzenie kulinarno – kulturalne odbywało się wówczas
    po raz 42 – gi !!!
    Można tam było posmakować góralskiego jedzenia przygotowanego przez kilkanaście kół gaździnek podhalańskich. Każdy mógł do woli popróbować zup, mięs, nalewek, wypieków … i to gratis (!) przy wtórze tanecznych zespołów góralskich, skeczów, konkursów.
    Nie tylko jadłam, ale i pytałam o przepisy. Podpatrywałam, smakowałam …
    Z każdego wyjazdu w Tatry przywoziłam ze sobą regionalne produkty, jak bundz, oscypki, bryndzę, żurawinę i ćwiczyłam gotowanie.
    W czasie pandemii niestety nie zaproszę do stolicy Tatr, ani do Łopusznej, ale chętnie do siebie, by zaserwować kilka moich ulubionych dań, bo dla mnie ważne są nie tylko piękne widoki czy atrakcje turystyczne, ale i kultura stołu danego regionu Polski.
    Mam nadzieję, że przygotowane przeze mnie potrawy będą smakować.

    Co proponuję ?

    Na przystawkę(górale mówią „na pocontek”) moskole z oscypkiem i żurawiną.
    Moskole to placki ziemniaczane pieczone na blaszce, na patelni bądź w piekarniku.
    Od razu powiem, że najsmaczniejsze są domowe: świeże i ciepłe.
    Te, które jadłam w Zakopanem, były twarde i zimne.
    Podejrzewam, że kuchnia narobiła ich na cały dzień i dlatego mi nie smakowały.

    Potem będzie zupa (polywka).
    Do wyboru: z grzybów leśnych, zabielana gęstą śmietaną
    i z ziemniakami lub sałaciorka, czyli góralski barszcz na sałacie gotowany na wywarze z wędzonki, zabielany kwaśnym mlekiem.
    Mój ulubiony ! Oczywiście poczęstowałabym oboma !

    Na tzw. drugie danie przygotowałabym kilka smakołyków.
    Przede wszystkim pieczonego pstrąga faszerowanego świeżym rozmarynem i miętą, masłem oraz plasterkiem cytryny. Zawinęłabym go w rękaw do pieczenia i upiekła w piekarniku razem z grulami.
    A do tego surówka.
    Podobno serwowane w stolicy Tatr pstrągi nie pochodzą z czystych wód potoków, tylko z hodowli.
    Wiem, że to ryba, która lubi czyste środowisko, także to hodowlane.
    Mam do niej więcej zaufania niż do ryb morskich, których jakość jest coraz gorsza, a co za tym idzie – niezdrowa.
    Dlatego z czystym sumieniem postawię pstrąga Gościowi.
    Aby poznać góralskie smaki, trzeba też spróbować szarych klusek.
    Górale mają na nie inną nazwę: HAŁUSKI albo KLUSKI SCYKANE, TARCIOKI, BUKTY, ŻELUSIE GÓRALSKIE.
    Wpisane są na listę produktów tradycyjnych w kategorii: gotowe dania i potrawy w woj. Małopolskim (2013 r.).
    Robi się je podobnie jak nasze, pomorskie, czyli ze surowych ziemniaków (gruli) albo ugotowanych.
    Mnie smakują obie wersje, przy czym ta druga jest delikatniejsza.
    Podawane są ze skwarkami, przysmażanym wędzonym boczkiem i cebulką, a do tego pokruszony biały ser lub gulasz. Może też być bigos czy duszona kapusta.
    Serwowałabym kluchy z białym serem i bigosem. Z każdej wersji po trochu.

    Nie byłabym sobą, gdybym nie poczęstowała pierogami, które uwielbiam lepić !
    Tymi z czarnymi jagodami ( po góralsku: z borówkami) i tymi
    z bundzem ( ser z mleka owczego) połączonym z bryndzą
    (ser z mleka owiec o innym smaku niż bundz, bardziej ostry).

    Jeżeli chodzi o deser, to na stół by „wjechał” jeden, ale jaki wypiek !
    Szarlotka spod samiuśkich Tatr, czyli szarlotka tatrzańska !
    Słyszałam o jej smakowych właściwościach przed jednym
    z wyjazdów w Tatry i postanowiłam spróbować u źródła, czyli
    u sławnej gaździny pani Bigosowej, która raczyła turystów także przepysznymi pstrągami.
    Moja wyprawa na stok Głodówka okazała się niewypałem: kulinarny przybytek był zamknięty !!!
    Nie dałam jednak za wygraną !
    Poszukałam przepisu i upiekłam w domu !
    Przeczytałam też o tym cieście, a właściwie o jego „wyznawcach” i Szlaku Szarlotek Tatrzańskich w „Gazecie Krakowskiej” z 3 lipca 2008 roku. Szlak ten wymyślił i przeszedł jako pierwszy Kuba Terakowski ( 8 szarlotek w 8 schroniskach w 1 dzień, czyli 9 – tego września 2006 roku), a powtórzyła niejaka Danuta Górszczyk (nazwisko zobowiązuje 🙂 ).
    Pan Kuba – jest znany, szanowany i lubiany nie tylko w „światku” podróżników. To organizator wielu imprez z legendarnymi już Marszonami , Zimakami , Dreptakami.
    I tylko taki człowiek mógł wpaść na pomysł, żeby przejść długi szlak, każdą szarlotkę sfotografować na tle schroniska i ocenić ją za smak, wielkość, cenę. To się nazywa miłość do ekstremalnych wyczynów i … szarlotki !
    Na marginesie dodam, że takie ciasto piecze się z kwaśnych jabłek, najlepiej renety, którą się kroi na cieniutkie plasterki. Przepis jest dość wymagający, ale czego się nie robi dla Gościa !

    Nie zabrakłoby też herbaty góralskiej, ale o tym sza !

    Mam nadzieję, że moje dania pobudzą kubki smakowe.
    A że je się też oczami, dlatego wysyłam na priv zdjęcie przedstawionych potraw, które własnoręcznie wykonałam
    i którymi bym ugościła.
    Druga fotka to szarlotki p. Kuby.

    A potem zwiedzanie mojego miasta !
    Nadmienię, że jest gdzie spalić kalorie !

  4. Ela mówi:

    Gdy miałam trudny czas po śmierci mamy nie sądziłam że dam radę się podnieść, wtedy za namową znajomych z Maroka poleciałam tam. To była moja pierwsza i samodzielna podróż za granicę. Po wylądowaniu samolotu poczułam coś czego nie da się opisać. Ten kraj zadziałał na mnie jak lekarstwo. Od samego początku poczułam że to jest moje miejsce. Maroko to cudowny kraj. Zawsze w życiu czułam że muszę znaleźć swoje miejsce. Nie wiedziałam czy to sie stanie ,ale gdy moja ukochana mama odeszła nie mógł zostać w Polsce. Wszystko w tym kraju jest cudowne jedzenie które uwielbiam ,ciągle przygotowuje coś marokańskiego , kosmetyki, oleje, miejsca. Ten kraj ma swoją magię , nie stracił jej jak niektóre kraje. Tam wyjezdzam gdy mam urlop. Tam odpoczywam. każdy powinien tam jechać zobaczyc poczuć tę atmosferę . Ludzie cudowni , będąc tam pierwszy raz nic złego mi się nie stało. Ludzie mi pomagali. Było tak cudownie że nigdy nie przestanę kochać tego kraju ,a szczególnie będę zawsze wdzięczna temu krajowi za pomoc w wyjściu z żałoby .

  5. Daga mówi:

    Nie ma tylko jednej potrawy, którą chciałabym Cię zachęcić do odwiedzenia mojej ukochanej Lizbony – miasta słońca, kolorowych kamienic i życzliwych ludzi. Oczywiście poza gubieniem się w ciasnych zaułkach i podziwianiu miasta z licznych punktów widokowych kocham ich kuchnię i Ty musiałabyś spróbować wszystkiego ze mną!
    Zaczęłybyśmy od śniadania – proponuję odwiedzić lokalną piekarnię i zjeść tosty ze świeżego chrupiącego chleba, albo przewrotnie słodką brioszkę z serem żółtym lub serem i szynką, brzmi nieprawdopodobnie, co? I o dziwo tak też smakuje! Do tego wyciśnięty sok pomarańczowy i kawa, tak, moja Lizbona smakują kawą pitą parę razy dziennie – mocna, aromatyczna i pyszna 🙂 Po śniadaniu z energią ruszyłybyśmy na zwiedzanie. Punktem obowiązkowym jest odwiedzenie Pastelerii de Belem i spróbowanie lokalnego przysamku, pastel de nata – nie mogę podać Ci na niego przepisu, gdyż jest to pilnie strzeżona receptura, ale wyobraź sobie ciepłą babeczkę z ciasta francuskiego wypełnioną pysznym kremem budyniowo-jajecznym i posypaną szczyptą cynamonu – pycha! Pasteis de nata można kupić w praktycznie każdej cukierni, ale smak tych z Belem jest wart grzechu i potem można poplątać się po okolicy Pomnika Odkrywców i zobaczyć punkt z którego Portugalczycy wypływali na podbój świata i spalić trochę kalorii 🙂 Na lunch w czasie słonecznych dni nie ma nic lepszego niż zatrzymać się w małej restauracji, koniecznie pełnej miejscowych i zjeść zupę-krem, ja jestem fanką kremu marchewkowego, ale narodową zupą jest Caldo Verde – zupa z jarmużu, szpinaku, młodej kapusty, okraszona plasterkiem kiełbaski chourico. Jeżeli chodzi o późny obiad to portugalska kuchnia oferuje mnogość potraw ze świeżych owoców morza. Koniecznie trzeba spróbować bacalhau – jest to ulubiona potrawa Portugalczyków, którą mówią, że potrafią przygotować na 365 sposobów. Podstawą tego dania jest suszony dorsz, którego wydaje mi się, że albo się kocha, albo nienawidzi. Ja teraz ilekroć jestem w Lizbonie i wchodząc do sklepu czuję charakterystyczny zapach to wiem, że jestem w domu. Moja ulubiona wersja to bacalhau com natas, ale jak ją przygotować? Dorsza trzeba wymoczyć przynajmniej przez 12 godzin wymieniając wodę ¾ razy, żeby wypłukać sól. Ziemniaczki obrać, pokroić i na talarki i lekko podgotować, nie przesadzać z solą, bo ryba jest słona. Gotową rybę gotujemy w wodzie z mlekiem, kiedy jest miękka to ją odcedzamy zostawiając tę wodę i obieramy dorsza ze skóry, i z kości. Na patelni podgrzewamy cebulkę z czosnkiem, kiedy się zeszklą mieszamy z ziemniakami. W naczyniu żaroodpornym mieszamy ziemniaki z obraną rybą i to wszystko podlewamy wodą z gotowania ryby połączoną ze śmietanką, wszystko doprawiamy pieprzem i gałką muszkatołową. Oryginalnie na górę przygotowuje się sos beszamelowy, ale ja wolę posypać parmezanem 😉 Polecam z zimnym piwem. Na deser kawa i mus z marakui.
    Jeżeli to danie Cię nie przekonuję to pomyśl o grillowanych ośmiorniczkach, pysznych świeżych grillowanych doradach, ryżu z owocami morza czy małżach w białym winie. Jak już jesteśmy przy winie, to musisz spróbować vinho verde – młode, zielone wino delikatnie musujące. Ślinka mi cieknie na samą myśl! Nie jestem specjalistką jeśli chodzi o mięso, ale wiem, że specjalnością jest bifana – czyli taka nasza bułka z kotletem, żeberka czy kiełbaski.
    Z przekąsek polecam pajdę chleba z grillowanymi sardynkami posypanymi gruboziarnistą solą – ja to uwielbiam, tosty z pastą oliwkową , krewetki w czosnku czy kalmary, ewentualnie smażone pierożki z różnym nadzieniem 🙂
    Nie wiem, czy ta kulinarna podróż Cię przekona, ale ja już jestem bardzo głodna i czekam na moją kolejną podróż do słonecznej Lizbony… Jedziesz? <3

  6. Jaśminowa Kuchnia mówi:

    Witam serdecznie ❤️ ja zaprosiłabym Ciebie do mnie na Podlasie. Mieszkam praktycznie w lesie, wszędzie tylko pola i łąki. Najpierw oprowadziła bym Ciebie po swoich hektarach 😜 a gdy głodne i zmęczone wróciłybyśmy do domu podałabym swojskie jedzenie. Własnoręcznie upieczony chleb na zakwasie a jak nie lubisz to zwykły drożdżowy, do tego ukroiła świeżo wedzonej szynki lub kiełbasy. Miętę lubisz? Rośnie pod domem świeża, to herbatkę bym nam zaparzyła. W między czasie rosło by już ciasto na bułeczki drożdżowe z serem białym też swojskim oraz owocami…. Rzut kamieniem od ławki pod domem gdzie byśmy urzędowały mam rzędy truskawek…. Lubisz ze śmietaną? Głodna ode mnie byś nie wyjechała, a i na drogę dostałabyś swojskich warzyw, chleba, mleka, jajek… Bo wiesz że ja to swojska baba jestem 😂❤️

  7. raBarbara mówi:

    Ten kraj przemierza się szerokimi, malowniczymi autostradami. Otaczają je wzgórza porośnięte wyschniętą od słońca trawą. Jesteśmy w Turcji, zbliżamy się do Stambułu. Za chwilę najpiękniejszy odcinek trasy – na horyzoncie wyłania się morze. Przejeżdżamy zaraz obok, woda faluje na lekkim wietrze. Widać odpoczywających ludzi przy brzegu. I my pragniemy odpoczynku: zatrzymujemy się kawałek dalej w przydrożnej restauracji, jeszcze zanim wjedziemy w ogrom i zgiełk miasta.
    Zamawiamy zupę z soczewicy, pilaf, a na deser, oczywiście, baklawę. Do picia dostajemy tradycyjnie herbatę w szklankach o kształcie tulipana oraz ayran. Zwykły posiłek okazuje się prawdziwą ucztą i na pewno pozostanie na długo w pamięci. Takich smaków nie da się zapomnieć.

  8. Spotkajmy się w lesie nad morzem mówi:

    Dźwięki i bajeczny krajobraz polskiego lasu w połączeniu z dochodzącym szumem morza… Zapraszam na podróż po… Słowińskim Parku Narodowym, miejscu które pokochałam od pierwszego wejrzenia. Pojedźmy rowerem przez słowiński las, odwiedźmy latarnię morską Czołpino, z której rozpościera się panorama Morza Bałtyckiego i z której można zobaczyć z lotu ptaka ruchome wydmy w Łebie, a później wróćmy brzegiem morza do urokliwej nadmorskiej miejscowości Rowy, w której zasiądziemy razem na balkonie z widokiem na morze i będziemy rozkoszować się smakiem polskich, nadmorskich wakacji, czyli smażoną flądrą (skoro jesteśmy nad morzem, ryby to podstawa!) – jedną z najlepszych ryb, którą można spotkać w Morzu Bałtyckim, w towarzystwie domowych frytek, surówki z młodej kapusty i marchewki oraz sosu pomidorowego i czosnkowego. Polski obiad w wakacyjnym wydaniu. Skusisz się? 🙂

  9. EveLina mówi:

    Czym było by zaproszenie bez odkrywania bogactwa smaków i zapachów? Dlatego też zamykam oczy, zamknij je również i wyobraź sobie, że zapraszam Cię na wyczuwalny w powietrzu aromat ziół, najsłodszych arbuzów, melonów, brzoskwiń, fig i nie tylko…. Zapraszam Cię do kraju gdzie rodzina, znajomi celebrują przy stole potrawy przygotowane wg receptur przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Na obiad podałabym grillowaną ośmiornicę, po niej udałybyśmy się na spacer po uliczkach przepięknego miasteczka, a spacer zakończyłybyśmy wśród drzew granatów, zrywając je do przygotowania smacznego musu z granatu, chałwy i pistacji. Przepis poniżej:
    Ciasteczka sezamowe:
    1/2 szklanki mąki orkiszowej
    50 gram masła
    1/3 szklanki cukru
    1 jajko
    Szczypta sody oczyszczonej
    Kilka kropli ekstraktu z wanilii
    1/3 szklanki sezamu.
    Sezam prażyć 2 minuty na suchej, rozgrzanej patelni, mieszać. Uważać , aby się nie spalił. Przełożyć na talerzyk. Masło pokroić w kostkę dodać mąkę i resztę składników. Ciasto zagnieść w kulkę, zrobić wałek, obtoczyć go w sezamie. Zwinąć w folię spożywczą i włożyć do zamrażalnika na około 20min. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Piekarnik rozgrzać do 170stopni. Ciasto kroić na półcentymetrowe plasterki i układać na papier. Piec około 15min.
    Mus
    250gram zimnej śmietanki 36%
    125gram serka mascarpone
    125gram chałwy
    1 łyżka wody różanej
    ½ łyżeczki kardamonu
    10łyżek konfitury różanej
    1 granat i pistacje
    Śmietankę ubić na sztywno, dodać pokruszoną chałwę i serek mascarpone, wodę różaną i kardamon Ubijać do połączenia składników.
    Wykonanie: Upieczone ciasteczka kruszymy i wykładamy na dno kieliszków do deserów, na to nakładamy niewielką ilość konfitury i na to mus chałwowy. Na górę ziarna granatu i pistacje. Zanim się schłodzi mamy czas na chwilę rozmowy …
    …Zapraszam Cię w kulinarną podróż pachnącą: słońcem, morzem, oliwą i ziołami. Do miejsca na świecie z niezatrutą chemią i modyfikacjami genetycznymi żywnością. Zapraszam do miejsca z czystym środowiskiem i z najlepszym klimatem (na świecie), Zapraszam Cie w miejsce, które pokochałam za ”philoxenia” /czyt.gościnność/, za wspaniałą kuchnię, za wspaniałe widoki zapierające dech w piersiach, za piaszczyste plaże i nieskazitelnie czystą wodę w morzu. Zapraszam Cię na Kretę , wyruszasz ze mną ? 🙂

  10. ula-souheil mówi:

    Serdecznie zapraszam do mojej malutkiej mieściny Sejny w woj.Podlaskim, położonych na granicy z Litwą🙂Warto tu spędzić trochę czasu ,zobaczyć nasze zabytki i spróbować naszej kuchni.Historia Sejn zaczyna się w XVI wieku, kiedy to Jan Wiśniowiecki za zasługi dla Ojczyzny otrzymał ziemię nad rzeką Marycha. Natychmiast przystąpił on do budowy dworu i kolonizacji tych ziem. Kolejnym ważnym krokiem w historii miasta było przybycie tu Dominikanów i budowa kościoła w latach 1610-1632. Obecnie kościół ten nosi nazwę Bazyliki Mniejszej. Koniec XVII w. to również osadnictwa żydowskiego na terenie miasta. Miało ono znaczący wpływ na ożywienie gospodarcze. W tym czasie powstała Biała Synagoga – najważniejsza pozostałość żydowska z tamtych lat.
    Warto zobaczyć nasz piękny klasztor dominikanów z XVII w. ,
    świątynia pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny ze słynącą cudownymi łaskami figurką Matki Bożej Sejneńskiej,
    Synagogi: Biała i Stara Synagoga,
    Ratusz miejski z 1770 roku,
    cztery pomniki: pomnik wdzięczności, powstania sejneńskiego, wdzięczności poległym w walce oraz pomnik Antanasa Baranauskasa….a po zwiedzaniu to co najważniejsze 😁bo jak Sejny to i nasze kartacze 😋najlepsze na świecie 😃 Nie są morze najłatwiejsze w przyrządzeniu,ale jedzenie ich wynagrodzi trud.
    Składniki
    3 kg ziemniaków,
    1 kg ziemniaków do ugotowania
    1,5 kg mięsa mielonego np z łopatki
    sól,pieprz
    surowy boczek
    cebula.
    Sposób przygotowania
    Ziemniaki gotujemy w osolonej wodzie. Tłuczemy, następnie przeciskamy przez praskę do ziemniaków.
    Odciskamy przez ściereczkę,żeby były bez wody. Ja przeciskam przez tetrową pieluszkę- sprawdza się idealnie. Jeśli ziemniaki są kupowane dobrze dodać kilka łyżeczek mąki ziemniaczanej,ze ,,swojskich”ziemniaków krochmal się wytrąci gdy pozostawimy wodę z odciśniętych ziemniaków.Po kilku minutach krochmal opadnie na dno,wtedy trzeba go troszkę dodać do przeciśniętych ziemniaków.
    Do tego dodajemy ugotowane ziemniaki.Wyrabiamy ziemniaczana masę .Mięso mielone doprawiamy sola,pieprzem.Ziemniaczana masę rozpłaszczamy w dłoni jak na pierogi,na środek wkładamy porcje mięsa,zawijamy brzegi masy ziemniaczanej.
    formujemy kartacze.
    Kartacze / cepeliny formujemy w kule lub podłużnie kluski, dość duże
    gotowe wrzucamy na wrzątek. W garnku nastawiamy wodę osolona(musi być dość słona, żeby smak przeszedł na kartacze). Kartacze wrzucamy pojedynczo nie przerywając wrzenia wody.
    Gotowe polewamy roztopionym tłuszczem z boczkiem i cebulką.Gotujemy ok 45 minut.Na patelni smażymy pokrojony boczek na małą kosteczkę.Gdy boczek się zrumieni,dodajemy pokrojona w kosteczkę cebulkę,zrumieniamy. Wyłączamy. Polewamy ugotowane kartacze Pyszne są także na drugi dzień, przekrojone na pól, odgrzewane na patelni.

  11. sylwiad_tq mówi:

    Wyobraź sobie że po raz pierwszy odwiedzasz swojego ukochanego. Wsiadasz do samolotu z głową pełną wielu wyobrażeń. po raz pierwszy odwiedzisz kraj, w którym jeszcze nie byłaś, inne miasto, miasto zakochanych – Paryż.
    Paryż, europejska metropolia, ale doświadczasz jej z lekka po marokańsku.
    Twój wybranek zabiera cię do swojego mieszkania i serwuje danie marokańskie – kefta tagine.
    W tym małym mieszkaniu na poddaszu zaczynają mieszać się zapachy. Mieszkanie przesiąka dochodząca w tagine keftą w sosie pomidorowym z mieszanką przypraw. Przyprawy prosto z Maroka pachną obłędnie. Od tego momentu te przyprawy, które dotychczas kupowalas w saszetkach w sklepie nie są już dla Ciebie tym samym. Wyobraź sobie, że po raz pierwszy danie jesz uzywajac chlebka i rąk- dotąd nie znane Ci uczucie. Napawasz się ta chwila, smakujesz proste lecz wyśmienite danie marokańskie, które w przyszłości stanie się jednym z Twoich ulubionych. Dzielisz tę chwilę z osoba, która darzysz uczuciem, widzisz jego starania. Mężczyzna pragnie Ci zaimponować i pokazać choć odrobinę swojej kultury. Jest to moment, który na długo pozostanie w Twojej pamięci i będziesz go wspominać z uśmiechem na twarzy. Na taką właśnie podróż z miłą chęcią bym Cię zaprosiła 😊😊

    W ten sposób zaczęła się też moja przygoda z kuchnią marokańską. Takim oto sposobem trafiłam na Twojego bloga.

    Pozdrawiam

  12. Kinga mówi:

    Chętnie bym Cię zaprosiła do mojego domu rodzinnego na przepyszne polskie pierogi- nadzienie mogłabyś wybrać:)polecam ruskie, z mięsem bądz z serem. Moja Mama jest Mistrzynią w Swojej Kuchni, ciasto na pierogi robi wyśmienite, delikatne , wręcz rozpływają się w ustach:) do tego przygotowałabym lemoniadę z rabarbaru z wanilią i truskawką-jest pyszna:) a na deser wzetka z bitą śmietaną i polewą czekoladową. polecam i zapraszam serdecznie:)

  13. Zabiorę Cię tam gdzie niebo jest błękitne ludzie za kochani mówi:

    Laska zabrał bym ciebie na pyszne lody na Rue de Rivoli na przeciw metra w życiu takich dobrych nie jadłem później na bagiete z salami i serem z butelką wina nad Sekwaną 😜 co ty na to ???

  14. Pyszna podróż do Algierii mówi:

    Zapraszam na fascynującą wyprawę do miasta zwanego bramą na pustynię a mianowicie Ghardaia. Miasto cieni,kobiet spowitych w białe stroje i spogladających na świat jedynie przez mały otwór na jedno oko. Klimatyczne małe uliczki które każda z nich prowadzi do serca miasta czyli ryneczku,a wszystko w kolorze piasków pustyni.Jesteś głodna? Spójrz czym poczestowałabym Cię na twojej wyprawie do miasta które na zawsze pozostanie w moim sercu…..
    Na śniadanie zjesz algierską „pizzę”,a na lunch cuscus z baraniną który uwielbiam i nigdy go nie odmawiam. Na podwieczorek zaproszę Cię na herbatę i ciasteczka. Kolację zjesz w cudownym miejscu a mianowicie na pustyni,zrobimy grilla. Jeżeli nadal nie będziesz miała dość to poczestuję cię zlabija.

    • Anna rbj houimli mówi:

      Zabrałabym Ciebie do mojej kochanej Tunezji ❤️ Piękne białe domki z niebieskimi oknami i drzwiami spacerując tam czujesz zapach Jaśminu i zapach gotujących się potraw, przypraw, zapach pieczonych ciast i ciasteczek ❤️. Uwielbiam tą kuchnie

  15. Aga mówi:

    Podróż kulinarna w jaką chciałabym Cię zabrać to podróż do przeszłości, do domu rodzinnego mojej Ś.P. Babci, u której spędziłam całe swoje dzieciństwo. Mała izdebka z białym kredensem i piecem węglowym przyciągała otwartością i zapachami gotowanych potraw. Nie było to nic wykwintnego, ale Babcia gotowała z pasją i sercem. Niezapomniane prażuchy, placki ziemniaczane, placki z fajerki czy łazanki do zupy grzybowej. Na deser uwielbiany kogel mogel, którego nie trzeba przedstawiać i pączuszki Babcinej roboty. Smaki i zapachy tamtych dni towarzyszą mi do dzisiaj.

  16. Tureckie śniadanie mówi:

    Cześć! Czy chcesz ze mną jechać na tureckie śniadanie? Kolacje można zjeść ze wszystkimi, śniadanie już czyni Cię częścią społeczności!
    W miejscu gdzie i ja poczułam się jak nigdzie indziej się wcześniej nie czułam.Mała miejscowość zlokalizowana po azjatyckiej stronie Turcji, w dolinie pomiędzy zielonymi górami tureckimi.Właściwie wieś, w której ludzie rzekliby że nie ma żadnej żadnej rzeczy do zaoferowania.Przebywając w kraju który całkowicie podbił moje serce, przez dwa miesiące codziennie jadłam wspaniałe śniadanie, każdego ranka na tarasie siadaliśmy przy stole na którym było wszystko. Świeże Simity przypominające nasze ogromne obwarzanki posypane sezamem, jeszcze ciepłe z piekarni, usmażony sucuk z grillowanymi pomidorami i papryką. Wspaniałe pachnące stojące na środku stołu Mucver czyli placki z kabaczka, a zaraz obok stos białego sera pokrojony w małe kwadraciki w kompanii zielonych oliwek.Oczywiście nie możemy zapomnieć o wspaniałych przetworach zrobionych przez mojej przyjaciółki mamę, a ile ich było! Salça czyli sos z pomidorów z przyprawami tureckimi, miód ,domowa pasta z czarnych oliwek, sok i dżemy z owoców z sadu które zebrał tata mojej przyjaciółki. No i oczywiście jeden z głównych gości programu każdego momentu z życia Turków, dokładnie tak, çay czyli herbata podawana w filiżankach w kształcie tulipana który jest jednym z symboli Turcji. Wybrałam śniadanie właśnie dlatego ponieważ ja, będąc w Turcji przez dwa miesiące w wieku 18 lat dopiero gdy usiadłam z rodziną przyjaciółki poczułam więź rodzinną. Siedząc przy wspólnym stole wspaniali ludzie pozwolili dołączyć mi do swojej prywatnej strefy ,i biesiadować razem z nimi wszystkimi nazywając mnie ich polską córką. Dając poczuć mi to zrozumiałam jak ważne dla Turcji są wspólne rodzinne posiłki ale też ich kultura. Kończąc bardzo długie śniadanie zrozumiałam dlaczego Turcy cytując ojca wszystkich Turków, Atatürka, mówią „ co za szczęście móc nazywać się Turkiem” i co to tak naprawdę znaczy.

  17. Dorota mówi:

    Najpierw moje gratulacje Sylwio, życzę abyś dalej pieściła nas takimi smakołykami a wiesz dobrze że korzystam z nich często.
    Wiesz gdzie ja Ciebie zabiorę w najpiękniejsze miejsce jakie pamiętam z dzieciństwa czyli do mojej babci i dziadzia.
    Teraz uruchom węch bo zaczyna pachnieć, robimy z babcią ciastka na łoju wołowym z marmoladą, babcia zagniata, ja układam marmoladę, potem babcia kroi a ja zwijam ruloniki. Chcesz dołączyć? siedzimy razem przed piekarnikiem, takim starym bez szybki w drzwiczkach i czekamy aż się upieką a pachnie w całym domu, czujesz? Tuż obok dziadek obiera ziemniaki na placki i zawsze jest ich dużo, bo musimy się najeść. Czy lubisz placki ziemniaczane z mięciutkim wnętrzem i chrupiącymi brzegami?. Babcia będzie smażyła bo mnie jeszcze nie wolno ale jak masz ochotę pomóc to zapraszam.
    Smażymy placki na patelni ciężkiej, takiej cygańskiej i mają one gigantyczne rozmiary – tak z 28 cm, na kuchni opalanej węglem i tak placek za plackiem ale nigdy nie jest za dużo bo jak my nie zjemy to zawsze jakiś gość przybędzie i pomoże zjeść. Dziś tym gościem jesteś Ty Sylwio, a zatem życzę smacznego. Tak całkiem nie po marokańsku ale pysznie. Buziaki i wielu sukcesów. Dorota

  18. Procida i jej smaki 🤩🤩 mówi:

    Z przyjemnością zabrałabym cie na Procida, mała wysepka w Golfo di Napoli .. jest tak nie wielka ze można przejść z jednego końca do drugiego w nie cała godzinę , pięknie umalowane domki , plaże i stare wiezienie na wzgórzu wyspy … zabrałabym cie na raz do roku organizowany festyn karczocha, jest muzyka , ludzie tańczą na srodku ulicy i wszyscy jedzą tylko karczochy , wg specjalnego przepisu. Musiałbyś tez spróbować potrawki z krolika z bardzo starodawnego i tradycyjnego przepisu z wyspy ,,, uwielbiałam się nim zajadać , u nas szefowa gotowała go co niedziele … nie zabrakłoby tez ciasta cytrynowego z cytryn z procidy , które są znane na całym świecie bo używane do wyrabiana likieru Limoncello … miałam szanse mieszkać dwa lata na tej wyspie i smakować przeróżne potrawy przygotowane z produktów lokalnych ,,, myśle ze wiele z nich by ci smakowało 🤩🤩 gratulacje dla bloga , ciekawych i pysznych przepisów ,,, 🥰🥰🥰

  19. Magdalena Wojtanowicz mówi:

    zaprosiłabym Cię do małopolski do małego miasta zwanego Gorlice – mojego rodzinnego miasta w którym się wychowałam i mieszkam. Oprowadziłabym Cię w słynne na całym świecie miejsce, w miejsce gdzie powstała pierwsza na świecie uliczna lampa naftowa 🙂 a poczęstowała bym Cię wspaniałymi domowymi pierogami z kiszką ( kaszanką – krupniokiem ) okraszonymi chrupiącymi skwareczkami z podgardla z cebulką 🙂 coś wspaniałego i mało spotykanego 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *